Black Mirror jest jednym z moich ulubionych seriali. Niektóre odcinki mnie zachwyciły, inne zawiodły, to oczywiste. Z niecierpliwością jednak czekam na piąty sezon i zainteresował mnie motyw filmu, który ma wprowadzić widzów w nowy klimat. Twórcy zapewniają, że to nie ostatni interaktywny seans. Czy to dobrze?

Czym twórcy próbują nas przerazić w Black Mirror: Bandersnatch?

We wszystkich dotychczasowych odcinkach pomysłodawcy wychodzili ze skóry, by pokazywać widzom coraz to nowe, bardziej creepy i realistyczne wizje przyszłości. W ich podejściu podoba mi się fakt, że nie próbują za każdym razem doprowadzić do dobrego i radosnego zakończenia. Wręcz przeciwnie. Tego typu finały to rzadkość. Jak jest w Black Mirror: Bandersnatch? Fabuła przenosi nas do lat 80. XX wieku, czyli jednak nie w przyszłość ani nawet teraźniejszość. Głównym bohaterem jest Stefan Butler. To młody chłopak, który marzy o zostaniu twórcą gier. Nie sprawia wrażenia gościa, który ma imprezowe życie pełne przyjaciół. Żadnych zresztą w filmie nie poznajemy – oprócz tych, z którymi zapoznajemy się w czasie rzeczywistym. Otoczenie Stefana składa się na jego ojca i terapeutkę, do której chodzi, bo nie do końca radzi sobie ze śmiercią matki sprzed kilkunastu lat. Chce wydać swoją grę w sporym (jak na tamte czasy) studiu. Przygoda rozpoczyna się od rozmowy z wydawcą, poznania innego twórcy (który jest idolem Stefana) i podjęcia pierwszej, poważnej decyzji. Chcemy w ogóle z tymi ludźmi współpracować?

Co wybrać? Jak żyć?

Na początku podejmujemy kilka mniej istotnych decyzji, jak wybór płatków na śniadanie czy kaseta, której będziemy słuchać w autobusie. Poważnie robi się dopiero potem. Film oferuje nam kilka zakończeń. O ile dobrze rozumiem koncepcje i analizy internetowych geeków, są to po prostu momenty, w których musimy się porządnie cofnąć. Te, w których lądujemy przed telewizorkami. Takich momentów jest faktycznie kilka, choć przez ich formę trudno było mi je tak zakwalifikować. Pierwszą decyzją, która może “wyrzucić” nas do zakończenia jest wspomniany przeze mnie wybór, czy chcemy pracować z ekipą wydawcy, czy poradzimy sobie sami. Jeśli wybierzemy źle, gra nie zostanie zbyt ciepło przyjęta, a my musimy cofnąć się do tej decyzji i wybrać raz jeszcze. I to jest chyba to, co przeszkadzało mi w seansie najbardziej. Rozumiem koncepcję, ale nie popieram wykonania. Wydaje mi się to zbyt brutalne. Cięcie jest za mocne. Drażni, zamiast dawać powodów do zastanowienia i chęci do podjęcia kolejnej próby. Mam za sobą gry, które są wręcz oczywistym punktem odniesienia. Telltale Games czasem tworzyło wybory pozorne, ale robiło to z gracją. Nie dawało nam w twarz stwierdzeniem, że zrobiliśmy w sumie źle i w ten sposób to się dalej nie pobawimy. Fakt, w niektórych momentach w chwili cofki bohater wyraźnie daje nam do zrozumienia, że wie, że w tej sytuacji wybrał już inaczej. Nakręca to jego psychozę i chyba właśnie tym chcieli wytłumaczyć się twórcy, nie robiąc tego bardziej “po gierkowemu”.

Black Mirror: Bandersnatch to objawienie?

Nie powiedziałabym. To na pewno ciekawa koncepcja, ale wymaga jeszcze trochę dopracowania. Doceniam pomysł, doceniam pojawiające się easter eggi i bardziej żartobliwą formę “netflifowego wyboru” (KMWTW). Trudno mi jednak nie odnieść wrażenia, że twórcy chcieli, żebyśmy świrowali tak samo jak Stefan. A to mi się nie przydarzyło. Koncepcja świata nie wbija w fotel. Może dlatego, że to my stajemy się tym złym, a nie tylko go oglądamy? A może dlatego, że nasze “przewinienia” wydają się mniej niewybaczalne niż wszystkich dotychczasowych czarnolusterkowych świrów? A może po prostu jestem wyrachowaną suką? Trudno powiedzieć, Nie zazdroszczę Stefanowi sytuacji, nie chciałabym się stać czyimś Simsem. Nie jestem jednak dumna z niego czy jego pomysłodawcy. Black Mirror: Bandersnatch to ciekawy teaser nadchodzącego sezonu. W serduszku nie biorę go jako pełnoprawny odcinek, nie chcę wrzucić go w otchłań jak epizodu z Waldo. Wierzę w twórców. Czuję, że uważnie przyjrzą się reakcjom widzów na ich mały eksperyment i wyciągną z tego wnioski. A w piątym sezonie nas zaskoczą i znów sprawią, że będziemy widzieć przyszłość niemal wyłącznie w czarnych barwach, bo ludzie są pieprznięci. Trzymam kciuki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *