Kolejny Far Cry nie powinien nikogo niczym zaskakiwać. Zjeżdżanie na nowe, całkowicie nieprzewidywalne tory nie jest do końca w stylu Ubisoftu. Primal, wbrew pozorom, nie jest wyjątkiem. Przeniesienie akcji z czasów, w których twórcy mają okazję żyć, dwanaście tysięcy lat do tyłu to jeszcze nic aż tak innowacyjnego. To po prostu ciekawa koncepcja, z której wyszła… gra.

Takkar być w Ubisoft?

Zamysł na całą grę nie jest aż tak skomplikowany jak mogłoby się wydawać. Główną cechą, która odróżnia tę część od pozostałych jest linia czasowa. 10 000 lat przed naszą erą. To faktycznie okres niezbyt często spotykany w grach. Można byłoby pomyśleć, że daje to ogrom możliwości, nieskończenie wiele innowacji i pomysłów, którymi Ubisoft mógłby szastać na prawo i lewo. Fakt, można by. Ale producent miał troszkę inny tok rozumowania. Twórcy obsadzili nas w roli Takkara, który jest myśliwym z plemienia Łindża. Oczywiście nie jest byle jakim łowczym. Jak to porządny protagonista, posiada umiejętności, które wyróżniają go na tle kolegów. Z założenia miało to być przede wszystkim poskramianie dzikich zwierząt, ale jak się okazuje wraz z kolejnymi misjami, posiada też dziki instynkt niepowstrzymanej maszyny do zabijania. Cel zabawy jest prosty. Wybić przywódców pozostałych plemion, którzy są nam mocno nie na rękę, bo zżerają lub podpalają naszych braci. W międzyczasie uskuteczniamy wielkie zbieractwo oraz polowania, dzięki którym możemy rozwijać swój ekwipunek. Spotykamy nowych, szczególnych Łindża, których musimy przekabacić na swoją stronę, by zamieszkali z nami w specjalnej wiosce, która może uchodzić za stolicę plemienia. Oprócz tego oczywiście przejmujemy posterunki (a właściwie wioski plemienne) i wieże radiowe (tj. wielkie stosy do podpalenia) jak również wykonujemy dziesiątki niemal identycznych misji bardzo pobocznych. Jak to w Far Cryu.

Jak to jest być jaskiniowcem? Dobrze?

To nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Choć gdybym miała powiedzieć, co w tej grze cenię najbardziej, na pewno nie powiedziałabym, że ludzi. Jak zawsze Ubisoft przygotował nam kilka wyjątkowych postaci, które zlecają nam misję i mają coś do powiedzenia. Nie można odmówić im różnorodności między sobą. To całkiem inne osoby, o odmiennych charakterach, wyglądzie, poglądach i profesjach. Porównując ich jednak z postaciami z innych gier, nie byłam zbyt zachwycona. Mimo że skończyłam grę wczoraj, nie pamiętam już połowy imion i nieśmiało zakładam, że za miesiąc nie będę umiała nawet każdego wymienić i coś o nim powiedzieć. Pierwsze wrażenie robią faktycznie niezłe. Szybko jednak stali się prości i przewidywalni. Podobnie jak fabuła Far Cry Pirmal.

Wesoły Szaman, który co chwila oferuje nam narkotyczne tripy. Polubiłam go.

Przyznaję, że pod tym względem jestem skrytą Werką Hejterką. Lubię wiele aspektów gier Ubisoftu, ale prawie nigdy nie są to ich fabuły. Primal nie jest wyjątkiem. Tok wydarzeń szybko mnie znudził, nie oferował niczego wyjątkowego. Seria zazwyczaj oferowała ciekawych antagonistów. Tym razem się nie popisali. Przywódcy ze spin-offa nijak mają się do Vaasa czy Pagana. Zarówno ci najwięksi, jak i ci pomniejsi, są kompletnie żadni. Nie odczułam, by robili nam jakąś ogromną krzywdę, mimo zapewnień moich koleżków w cut scenkach. Walki z nimi też nie był zbyt ciekawe, raczej nużące. Sprowadzały się do powtarzania tych samych aktywności w kółko i w kółko, w niecierpliwym oczekiwaniu, aż ich paski życia wreszcie znikną. Po zabiciu ostatniej antagonistki byłam mocno zdziwiona, że to koniec. Gra z jakiegoś dziwnego powodu wysłała nas jeszcze w inny kraniec mapy po zażyciu kolejnego narkotyku tylko po to, byśmy z pomocą szybkiej podróży mogli wrócić, wysłuchać jednego dialogu i obejrzeć jedną scenkę. No naprawdę. Szanujmy się.

Dlaczego w grę się jednak gra?

Nie lubię fabuł Ubisoftu, ale lubię ich gry. Głównie dzięki grywalności. Wiele osób narzeka, że tworzą rzeczy wyjątkowo powtarzalne. Trudno mi się z tym nie zgodzić. Mam za sobą większość Far Cryów, Watch Dogs 2 i pojedyncze części Assasina. Może dlatego nie poczułam jeszcze przesytu. Stykając się z absolutnie każdym tytułem na pewno można się znudzić. Cieszę się, że mnie to jeszcze nie spotkało. Lubię wypełniać aktywności poboczne w ich grach. Lubię zdobywanie wszystkich obozów i wież, ulepszanie ekwipunku na maksa. Wiem, że nie są to rzeczy wyjątkowe i szalenie ciekawe, ale po prostu sprawiają mi przyjemność. Primal nie robi tego tak dobrze jak części z cyferkami, ale nadal daje radę. Zaliczyłam wszystkie zdobycze i misje poboczne nie z dziką satysfakcją, ale z przyjemnością. Przechodzenie gry na sto procent nawet nie przeszło mi przez myśl. Trudno powiedzieć, czym jest to spowodowane. Przez warunki panujące w grze mamy ograniczony asortyment. Brak broni palnej, dziwacznych pojazdów i tego typu drobiazgów delikatnie psuł mi zabawę. Korzystanie z maczugi było zbyt toporne i nudne, atakowałam więc głównie łukiem, czasem przerzucając się na włócznie i pomoc zwierząt. Nie było to jednak aż tak fajne jak mogłoby być. No i właśnie. Zwierzęta. To nimi miała stać gra. Dzięki zdolnościom Takkara możemy ich w końcu używać jako kompanów, a nawet na niektórych jeździć. Ta druga aktywność była jednak dla mnie małym, sztywno zaminowanym koszmarkiem, więc gdy gra nie wymagała ode mnie jazdy, cisnęłam z buta.

Preferuję wysłanie zwierzaka jako czyściciela płotek albo korzystanie z niego jak z tarczy, ale jeździć też można.

Przyznaję, że bieganie ze zwierzakiem w formie pomocnika było ciekawe. Stworzonka były pomocne, każde z nich było trochę inne. Ich legendarne wersje kusiły swoimi wyjątkowymi cechami, by jednak zagryźć zęby i przetrwać misje z polowaniem, które (podobnie jak walki z bossami) były przede wszystkim długie. Nie stworzono z nich jednak przyjaciół. Może dlatego, że w międzyczasie latamy i wbijamy dzidy między oczy setkom innych czworonogów? A może dlatego, że nawet jeśli zwierzę w walce polegnie, wystarczy mieć w wyposażeniu trochę liści, by zmartwychwstało? A może nikt nigdy nie chciał byśmy je polubili, miały być po prostu wyjątkowym rodzajem karabinu? Jeśli prawdziwa jest ostatnia opcja – szanuję to i w sumie mi się to podoba.

Kurła, kiedyś to było!

Dla kogo właściwie jest Far Cry Primal? Na pewno dla wszystkich, którzy żywią niezdrową fascynację okresem prehistorii. Powinni bawić się całkiem nieźle. Po tytuł powinni sięgnąć też fani serii, bo dostaną doskonale znaną im formułę w ciut innej oprawie, która może się podobać. Cała reszta? Cóż. Jest wiele innych tytułów na rynku. Również takich, które w nazwie mają człon “Far Cry”. Szczerze polecam sięgnąć najbardziej po których z cyferką obok nazwy i dopiero po staniu się fanem zabawy, zainwestować w Primal. Nie nazwę tej gry złą. Bawiłam się całkiem nieźle, skończyłam ją, nie tylko w celu napisania recenzji. Cieszyłam oczy niezłymi widokami, zasmakowałam ciut innej rozgrywki, próbowałam nie przejmować się fabułą. I w sumie nie żałuję skorzystania ze Steamowej promocji, dzięki której tytuł w ogóle pojawił się w mojej biblioteczce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *