Jakub Żulczyk to autor wciąż zyskujący na popularności. Lubi pisać książki długie i brudne. Ślepnąc od świateł zyskało nową młodość dzięki serialowi, który na jej podstawie nakręcono. Nie widziałam jeszcze produkcji ze srebrnego ekranu. I nie jestem pewna, czy w ogóle ją kiedykolwiek zobaczę.

Oślepłem, oślepłem, czy jeszcze kiedyś zagram na skrzypcach?

O książce usłyszałam kilka lat temu. Mniej więcej w czasie jej wydania, tj. w 2014 roku. Od dawna widniała na mojej liście pozycji do przeczytania, ale jakoś nie mogłam się za nią zabrać. Dobry moment nie nachodził bardzo długo. Aż wreszcie huknęła wieść o powstającym serialu, a potem huknął sam serial. Nie zabrałam się jeszcze za dzieło HBO. Słyszałam wiele opinii na jego temat i chyba żadna nie była w stu procentach pochlebna. Większość z nich była mocno mieszana. Mimo wszystko chciałam obejrzeć to sama, sama wyrobić sobie opinię. Na początku chciałam jednak przeczytać oryginał. A to chyba był błąd. No dobrze – cofam. Nie przeczytałam jej, ale wysłuchałam audiobooka. Mam wrażenie, że mogło mi to w niektórych kwestiach popsuć odbiór (choć jestem fanką książki mówionej jako takiej), a w innych polepszyć. Nie wiem, czy dotrwałabym do końca powieści, gdybym miała ją w wersji papierowej.

No, Jacuś!

Fabuła powieści nie jest skomplikowana. Głównym bohaterem książki jest Jacek – diler kokainy mieszkający w Warszawie. Do stolicy przyjechał z Olsztyna na studia. ASP jednak nie skończył, bo od malowania obrazków w pewnym momencie dużo ciekawszy wydał mu się handel narkotykami. Trudno go za to winić. Sprzedaż przynosi mu dużo pieniędzy, a on je bardzo lubi, o czym nie omieszka nam wiele razy przypomnieć. Akcja toczy się przez kilka dni w okresie przedświątecznym. W momencie, w którym poznajemy bohatera, jest on już dobrze ustawionym dilerem, którego lista kontaktów pęka w szwach od bogatych klientów. Właściwie nie dowiadujemy się, jak udało mu się wyrobić tę pozycję – a szkoda. W toku powieści dowiadujemy się, gdzie odebrał pierwszy towar na handel, kiedy pierwszy raz dowiedział się, po ile sprzedawana jest działka i skąd mógł znać swoich pierwszych klientów. Rozumiem, że dla niektórych droga do wielkości może być nudnawa. A może po prostu trudna do opisania? Ja chętnie bym ją poznała, prześledziła losy Jacka jak samego Escobara w serialu Netflixa. Nie było mi to jednak dane. 70 rozdziałów, które przygotował o nas autor, skupiają się na, jak już wspomniałam, kilku grudniowych dniach. W ich czasie Jackowi długo idzie dobrze i gładko. Mniej więcej w połowie powieści napotyka na dość poważne problemy i wszystko zaczyna mu się sypać. Nie jest to jednak armagedon. Raczej potknięcie się na bieżni. Ze skutkiem wywalenia się na ryj i obicia go sobie o tartan, ale wciąż potknięcie.

Ja wam mówię: jest dobrze, ale nie najgorzej jest

Ślepnąć od świateł to druga z książek Żulczyka, którą przeczytałam. Pierwszą był debiut – Zrób mi jakąś krzywdę. Żadna z nich niestety nie powaliła mnie na kolana i nie wiem, czy chcę dawać autorowi trzecią szansę. W powieści mamy do czynienia z pierwszoosobowym narratorem. Nie mam nic przeciwko takiemu zabiegowi, mimo że sama w trakcie pisania nigdy z niego nie korzystałam. Wydaje mi się to zbyt intymne, zbyt mocno przylegające do autora. Wiem, że to błąd, ale odruchowo zaczynam łączyć choć część sposobu myślenia bohatera z poglądami autora. A w przypadku tej książki to niezbyt dobrze. Ślepnąć od świateł pokazuje nam, że wszystko jest beznadziejne. Chujowe wręcz. O właśnie! W wypowiedziach bohaterów nie brakuje wulgaryzmów, na co wiele recenzji zwracało uwagę, jako główny powód odbicia się od lektury. Mi brzydkie słowa absolutnie nie przeszkadzają. Miałam problem z tym, co pojawiało się pomiędzy tymi kurwami. Jacek jest wyobcowany. To indywidualista i introwertyk, który nie przepada za ludźmi. Może nie mówi o nich per “oni”, ale zawsze są to jacyś tamci. Ludzie, warszawiacy, sprzedawcy, kobiety, mężczyźni, młodzi, hipsterzy, rowerzyści – bez znaczenia. On sam nigdy nie jest w tej grupie, o której ma tak wiele do powiedzenia. A nie mówi o nich właściwie niczego dobrego. Cały nasz kraj jest zepsuty do szpiku kości. Wszyscy myślą tylko o pieniądzach i ćpaniu. Przyjaźń i miłość nie istnieją. Wszyscy umrzemy samotni i w depresji. Każda przyjemność to tylko obłuda, nic nie ma przecież większego znaczenia, wszystkiego jest durne. Zupełnie jak zdecydowana większość bohaterów – poza Jackiem. Patrzy na swoich kolegów po fachu z góry. W monologach wspomina o ich przywarach, wytyka głupotę, czasem patrzy z politowaniem. Jak sam mówi, ma tylko jedną osobę na świecie, którą w sumie lubi. Nie oznacza to, że mówi o niej tylko dobrze. Wspomina parę dobrych cech Paziny, bo o niej tu mowa, a w chwili kryzysu kompletnie nie wierzy w jej przyjaźń. Nikt poza Dariem, czyli głównym “problemem” Jacka nie ma w sobie za grosz rozumu. A Warszawa? Szkoda słów! Obrzydliwa, śmierdząca, lepka i w ogóle nie do życia. Nie jestem przeciwniczką negatywów. Lubię, gdy ukazuje się wady i degrengoladę. Takie rzeczy potrafią jednak mocno wybrzmiewać, gdy przeciwstawia się je czemuś dobremu. A o tym Żulczyk zapomniał.

Ma być dynamicznie!

Powieść jest napisana w specyficzny sposób. Wspomniałam już o licznych wulgaryzmach, wspomniałam o pierwszoosobowym narratorze. Każdy rozdział zaczyna się od podania dokładniej godziny, ponieważ dla Jacka czas to pieniądz i każda zmarnowana minuta jest dla niego karą, w trakcie której nie może sprzedawać kokainy. Wszystko to byłoby jednak jeszcze neutralne. Męczyło mnie jednak szatkowanie zdań. Opisywanie czynności potrafi być nużące, niepotrzebnie się wydłuża. Jacek nie zatrzymał samochodu pod domem, ab następie wejść do mieszkania i usiąść na krześle. On jedzie. Hamuje. Ustawia się na podjeździe. Wychodzi z auta. Zamyka drzwi na kluczyk. Podchodzi do drzwi wejściowych. Wstukuje kod w domofon. Naciska na klamkę. Zamyka za sobą drzwi. Wchodzi po schodach i tak dalej i tak dalej. Podobny zabieg zastosowano przy dialogach. Cześć – mówię. Siema – odpowiada. Co tam? – mówię. Dobrze – mówi. To dobrze – dodaję. I w tym momencie wcale nie dramatyzuję aż tak bardzo. Nie wiem, czy przeszkadzałoby mi to wszystko aż tak bardzo, gdybym powieść przeczytała. Jak mówiłam, zdecydowałam się jednak na odsłuch. A czytający aktor znał dobrze znaki interpunkcyjne i odpowiednio je intonował. Przez wszystkie 70 rozdziałów. Zresztą. Dialogami i monologami książka stoi. Akcji jest w niej niewiele. Przez sporą jej część jeździmy z Jackiem po mieście, w którym spotyka się z klientami, z którymi rozmawia. Długo. Albo o nich myśli. Również długo. Każdy z nich miał chyba przedstawiać całkiem inną osobę. Pochodziły z różnych środowisk, inaczej mówiły, ćpały z innych powodów. Miały być dowodem tego, że ćpać może każdy i każdego potrafi to dopaść. Szkoda jednak, że wszyscy z nich byli beznadziejni, zatraceni, głupi i marnujący Jackowy czas. Może w innym przypadku ten przekrój społeczności Warszawy wydałby mi się bardziej intrygujący.

Narkotyki and the City

Nie mieszkam w Warszawie, zdarzyło mi się w niej parę razy być. Mam stamtąd również znajomych. Nigdy jednak nie odniosłam wrażenia, że życie w wielkim mieście wygląda tak, jak przedstawił to Żulczyk. Od zawsze zresztą mieszkam we Wrocławiu. To również nie jest byle jaka wieś. Świat ludzi bogatych, znanych, ze stolicy jest dziwny. Nienaturalny. Nienaturalnie brzydki, naćpany, przesiąknięty złem, zepsutymi marzeniami i oczekiwaniem na wbicie sobie noża w plecy. Może obracam się w złym środowisku, może brakuje mi empatii i chęci wyobrażenia sobie takich sytuacji w okolicach Krakowskiego Przedmieścia? Możliwe. Trudno mi jednak powstrzymać się od niemiłej myśli, że Żulczyka, jak to słoika, delikatnie poniosło.

Jestem twoją kokainą

Ślepnąć od świateł zdecydowanie nie należy do książek lekkostrawnych. Gdybym przeczytała ją w gimnazjum lub jeszcze w liceum, na pewno byłabym zachwycona. Moje myślenie od tamtego czasu (mam nadzieję!) trochę jednak ewoluowało. Nie lubię oceniać w tak prosty sposób, a sprowadzenie wszystko do poziomu błota i degrengolady już mi nie imponuje i mnie nie bawi. Nie miałam okazji do zauroczeniem się jakimkolwiek bohaterem poza Dariem, co nastąpiło chyba bardziej przez sposób czytania jego kwestii przez Krzysztofa Skoniecznego, niż przez jego kreację. Nie zapragnęłam pojechać do Warszawy i zająć się dilerką, ale powieść nie stała się też dla mnie przestrogą, by nigdy tego nie robić. Ślepnąć od świateł to nie relaks. To odhaczenie pozycji i zmuszenie się do wysłuchania do końca, bo tak wypada, jak się zaczęło. No i nie ukrywam, liczyłam na dość tragiczny dla Jacka koniec. Ale nawet to nie do końca wyszło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *